HamletMaszyna
Heiner Müller: "HamletMaszyna"
Przekład: Jacek Stanisław Buras
Reżyseria: Ewelina Kaufmann
Muzyka: Maciej Kierzkowski
Kostiumy: Joanna Hawrot
Obsada: Arek Detmer, Ilona Chojnowska, Paweł Ciołkosz, Klaudiusz Kaufmann
Każdy jest Hamletem
Spektaklem "HamletMaszyna" Teatr La M.ort udowadnia, że przez dziesięć lat swojego istnienia podejmował tematy trudne i ważne, nie ulegając przemijającym modom. Pokazuje także, że scena lokalnego ośrodka kultury to dla takiego zespołu dziś już trochę za mało.
Premierą dramatu Heinera Mullera Teatr La M.ort zakończył w miniony weekend w Natolińskim Ośrodku Kultury świętowanie dziesiątej rocznicy istnienia. Wybór tekstu na tą okoliczność okazał się niesłychanie trafny. W trwającym niespełna czterdzieści minut spektaklu, reżyserce Ewelinie Kaufmann udało się poruszyć wszystkie tematy, jakich dotykała przez te dziesięć lat: samotności, okrucieństw wojny, nie przystosowania młodych, wrażliwych ludzi do dzisiejszego świata, w którym dominuje kultura korporacyjna i wyścig szczurów, wreszcie hamletowskiego pytania "być albo nie być", które w jej interpretacji brzmi raczej: "jak być" w tym nienajlepszym ze światów.
Nie da się ukryć, że zapisany na zaledwie sześciu stronach "HamletMaszyna" nie jest tekstem prostym. Łatwym w odczytaniu nie jest także spektakl La M.ortu. Niesłychanie ascetyczny w formie, stawiający głównie na słowo, wymaga od widza ogromnego skupienia. Aktorzy (Ilona Chojnowska, Arek Detmer, Paweł Ciołkosz i Klaudiusz Kaufmann) niesłychane precyzyjnie budują napięcie, które wisi w powietrzu niczym siekiera gotowa do ataku. Nie znajduje ono jednak przestrzeni do ujścia. To jedyna słabość tego znakomitego przedstawienia.
Na niewielkiej scenie Natolińskiego Ośrodka Kultury Ewelina Kaufmann wyczarowała prawdziwe scenograficzne cuda - ruszające się ściany, padający deszcz. Takich efektów nie spotyka się w przedstawieniach granych w domach kultury, nie dlatego, że artystom brakuje inwencji, ale dlatego, że brakuje im środków. Ewelina Kaufmann, co roku walczy o dotacje na istnienie swojego teatru, co roku też wzrastają jej artystyczne ambicje. Choć NOK stara się wspierać swoje zespoły jak tylko może, dla La M.ortu stał się po prostu za mały i nie chodzi tu tylko o gabaryty sceny. (...)
Paulina Sygnatowicz
Pasmo
Działający od ponad 10 lat w Natolińskim Ośrodku Kultury Teatr La M.ort jest jednym z najoryginalniejszych teatrów niezależnych Warszawy. Działając na uboczu modnych teatralnych trendów, reżyserka Ewelina Kaufmann stara się w swoich przedstawieniach wchodzić w dialog z widzem, podsuwać mu nieoczywiste rozwiązania i tworzyć przedstawienia, w których słowo, muzyka, ruch i światło tworzą organiczną całość budowanego przez La M.ort świata.
Tak jest też w ostatniej premierze tej grupy, według tekstu "HamletMaszyny" Heinricha Müllera. Kaufmann i pracujący z nią aktorzy wciągają widzów do dusznego świata szekspirowskiego bohatera, odczytując jednak jego historię odmiennie niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Korzystając z tekstu Müllera, który z Hamleta uczynił bohatera współczesnego, Teatr La M.ort zastanawia się z widzami nad pytaniami podstawowymi w dzisiejszym świecie. Gdzie leży cienka granica między działaniem w imię dobra a czynieniem zła? Co kieruje człowiekiem szukającym zemsty? Hamlet w tym przedstawieniu okazuje się człowiekiem jeszcze bardziej zagubionym niż w szekspirowskim oryginale. Na przeciwnym do niego biegunie staje natomiast Ofelia - przekonana o słuszności swoich działań, wnosząca ze sobą spokój. "HamletMaszyna" to spektakl, który prowokuje do dyskusji, wywraca utarte schematy myślenia o klasyce dramatu Szekspira i każe zastanowić się nad problemami, które dotykają dzisiaj nas wszystkich.
Sugestywne, chwilami gwałtowne, chwilami oniryczne sceny tego przedstawienia zabierają widza w podróż do innego świata, z którego z niechęcią się wychodzi. A wykreowane przez zespół obrazy jeszcze długo po przedstawieniu zostają w pamięci.
Agnieszka Rataj
dziennikarka, krytyk teatralny
pisze m. in. dla: "Rzeczpospolitej" i "Życia Warszawy"
Rosencrantz i Guildenstern nie żyją
Ze śmiercią im do twarzy
"Rosencrantz i Guildenstern nie żyją" warszawskiego Teatru La M.ort to widowisko jak na grupę niezależną nietypowe.
Spektakl - prezentowany w ramach trwającego do niedzieli w Żaku przeglądu The Best OFF - w niezmienionej praktycznie formie prezentowany mógłby być na scenie repertuarowej.
I nic w tym dziwnego: formację tworzą profesjonaliści, absolwenci stołecznej Akademii Teatralnej. Większość aktorów grupy na "co dzień" zarabia pieniądze na scenach zawodowych, aby w La M.ort realizować się scenicznie. Formacja założona przez reżyser Ewelinę Kaufmann (dawniej Góral) ma już na koncie dziesięć realizacji; "Rosencrantz i Guildenstern nie żyją" Toma Stopparda to najnowsza z nich.
Dramaturg głównymi bohaterami czyni dwójkę postaci drugoplanowych z "Hamleta" Williama Szekspira, przyjaciół księcia Danii z dzieciństwa. Autor buduje ich historię korzystając z urywków zdań, które padają w najsławniejszym tekście Stratfordczyka. I tak otrzymujemy spójną historię, z wezwaniem przyjaciół na duński dwór, spotkaniem z trupą aktorską (tą samą, która u Szekspira na życzenie Hamleta odgrywa przed Gertrudą i Klaudiuszem scenę morderstwa starego króla), rozmową z księciem i wreszcie feralnym rejsem do Anglii. Jednak dramat - a za nim spektakl Teatru La M.ort - jest przede wszystkim poruszającą opowieścią o śmierci. O sile i ostateczności śmierci. I o tym, jak rzadko o niej w ogóle myślimy, a jeżeli już, to jak nieudolnie usiłujemy oswoić się z jej świadomością.
Inscenizacja, przygotowana przez Ewelinę Kaufmann jest niezwykle podporządkowana słowu, ascetyczna i - trudno o lepsze określenie - tradycyjna. Scenografia praktycznie nie istnieje: widzimy pustą, ciemną scenę z dwoma banerami, ukazującymi... wnętrze grobu. Podzielona jest ona cienką białą linią, symboliczną granicą pomiędzy życiem i śmiercią, której Rosencrantz i Guildenstern już nie mogą przekroczyć. Jedyne rekwizyty głównych bohaterów to podróżne worki i monety. Zabiegi te pozwalają, zgodnie z zamysłem reżyser, w pełni wybrzmieć tekstowi.
A odczytanie "Rosencrantza i Guildensterna" jako opowieści o śmierci nie wyczerpuje wszystkich sensów dramatu. Jest on - do pewnego momentu - wyśmienitą, błyskotliwą i inteligentną komedią, z absurdalnymi żartami i efektownymi pojedynkami słownymi bohaterów. Dramat Stopparda jest także interesującą, postmodernistyczną intertekstualną grą z "Hamletem" Szekspira. Grą posuniętą tak daleko, że Rosencrantz i Guildenstern są zaledwie o krok od odkrycia, że nie są "prawdziwymi" ludźmi, ale jedynie bohaterami elżbietańskiego dramatu. I nie mogą w żaden sposób wpłynąć na swoje losy, bo te zostały spisane dawno temu. I tysiące razy od tamtego czasu odegrane na scenie. Jednak sam wyśmienity dramat nie czyni dobrego spektaklu - a takie z pewnością jest widowisko Teatru La M.ort. Potrzeba jeszcze profesjonalnego aktorstwa z perfekcyjnym opanowaniem tekstu oraz ogromnej subtelności w znalezieniu równowagi pomiędzy komizmem i powagą "Rosencrantza i Guildensterna". Na szczęście artyści z Warszawy dali sobie dobrze radę i z jednym, i z drugim.
Mirosław Baran
Gazeta Wyborcza Trójmiasto
5 kwietnia 2008
Pamiętam, jak prof. Barbara Lasocka-Pszoniak określiła kiedyś granice teatru: granice teatru to granice słowa. Tam, gdzie kończy się słowo, tam nie ma już teatru. O tym właśnie myślałem, ogladając adaptację sztuki Toma Stopparda "Rosencrantz i Guildenstern are dead" w wykonaniu LA M.ORT - alternatywnej grupy z Warszawy. Co to znaczy w tym przypadku przymiotnik "alternatywny"? Na pewno nie: szokujący, prowokujący. Raczej: inny niż wszystkie. Poza głównymi nurtami, głęboko tkwiący w najlepszych tradycjach dwudziestowiecznej awangardy. W takim teatrze słowo ma swoją rangę. Dialogi w sztuce Stopparda są jak muzyka: wypełniają przestrzeń, polifonizują i polirytmizują sonosferę. Teatr w teatrze: ten rzeczywisty, który dla widza jest na wyciągnięcie ręki i ten potencjalny, który reprezentują kwieciste kwestie Aktora (Klaudiusz Kaufmann) , grającego z dwiema marionetami - jak gdyby odbiciem tytułowych bohaterów. Mamy więc informację o dwóch światach. Aktor kieruje, manipuluje tym drugim. Jego diabelski uśmieszek przypomina, że nie ma wolności absolutnej a ponad pytaniami i miotaniem się w miejscu, które przypomina i Babi Jar pod Kijowem, i Kozie Górki pod Kozielskiem, jest Wieczny Spokój i Ironia.
Reżyser przedstawinia Ewelina Kaufmann wykonała ze swoimi podopiecznymi gigantyczną pracę... Nie ma gestów przypadkowych a gestem jest nie tylko ruch, ale i jego brak. Gestami są spojrzenia, które przekazują widzowi informację, na ile postać jest zgodna z psychologiczną prawdą. W ten sposób, twórcy spektaklu przełamują, dość często dzisiaj spotykane lekceważenie, albo raczej niesłuszne przekonanie, że narodziny słowa następują w momencie wypowiedzi. LA M.ORT udowadnia, że słowo powstaje znacznie wcześniej i jest wyrazem określonego wewnętrznego nastawienia...
Obrazy w sztuce przedzielone są trzema (jeżeli dobrze pamiętam) melodycznymi motywami kompozycji Macieja Kierzkowskiego. Warto zwrócić uwagę, że muzyk ten tworzy własne skale, które odwołują się do ludowej pentatoniki polskiego Niżu, wzbogaca je oszczędną ornamentyką. Brzmi to oryginalnie i archaicznie, trochę po celtycku. Interesujące jest to, że muzyka nie gra tu dramaturgicznej roli. W przeciwieństwie do innych spektakli grupy, trudno tu też mówić o kulminacjach napięcia a jednak trwa ono blisko dwie godziny. To jest prawdziwy teatr, gdzie widz czuje, że jest jego współtwórcą na zasadzie współ-odczuwania, obserwacji, która w nim pozostawia ślad.
Lech Koczywąs
Recenzje powstałe podczas The Edinburgh Festival Fringe 2007
Ulubieniec festiwalu Fringe "Rosencrantz i Guildenstern nie żyją" powraca do Edynburga w zdolnych rękach polskiego Teatru LA M.ORT. Zmaganie się ze świetnymi dialogami Stopparda i super-ostrym poczuciem humoru stawia najdzielniejszych z aktorów przed nie lada wyzwaniem, ale dla osób, dla których angielski nie jest językiem ojczystym, po zaledwie kilku próbach w języku wyspiarzy, wykonać to przekonywująco i z taką różnorodnością tempa oraz intensywności jest prawie nieprawdopodobne.
Stanowczo dystansując się od nonszalanckiego humoru Gary'ego Oldmana i Tima Roth'a w filmie z 1990 roku, reżyser Ewelina Kaufmann podchodzi do scenariusza z powagą i rzetelnością, jakiej nie powstydziłaby się typowa inscenizacja Hamleta. Sceneria jest prosta i nowatorska, z akcją gry Shakespeare'a rozgrywającej się w kręgu światła rzucanego przez reflektor punktowy, którego to progu Rosencrantz i Guildenstern nie mogą przekroczyć aż do ostatniej sceny.
Sztuka podąża ścieżką wymyślonych losów szkolnych kolegów Hamleta (i późniejszych wrogów) gdy godzą się ze swym przeznaczeniem jako odgrywający drobną rolę na dworze zamku w Elsynorze. W długich przerwach między ich udziałem w historii Hamleta, Rosencrantz i Guildensterna dumają nad sensem życia i śmierci, naturą prawdopodobieństwa, a także górnolotnymi ideami, w tym samym czasie próbując odnaleźć cel dla ich własnej, próżnej egzystencji - do momentu, w którym opowieść Shakespeare'a sprowadza śmierć do ich drzwi.
Rafal Szałajko i Piotr Bajtlik w rolach głównych pozostają na scenie przez całe półtorej godziny i nawet na moment nie przestają przekonywać, na przemian między kompletną nerwicą a zadumanymi rozmyślaniami. Chemia między nimi jest ewidentna, a ich charyzma jako aktorów, zaraźliwa. Sztuki Stopparda są zawsze bardziej intelektualne niż przyprawiające o dreszczyk emocji, jakkolwiek ta wersja zawiera więcej niż dość energii aby wystarczyło jej do samego końca spektaklu.
Lucy Ribchester
The British Theatre Guide
Czapki z głów przed jakąkolwiek grupą, która poradzi sobie ze złożonością tego tekstu, a zwłaszcza przed grupą, dla której rodzimym językiem nie jest angielski. To bardzo mocny, porywający spektakl, przebijający cokolwiek wystawianego przez RNT. Znakomita gra; obsada, całkowicie wczuta w swoje role, zdołała stworzyć absolutnie wiarygodne poczucie uwięzienia. Poleciłbym tę sztukę komukolwiek, aczkolwiek może powinniście najpierw pogłębić swoją wiedzę o Hamlecie.
Benjamin "The hoops" Hooper
Wielka Brytania
Zawsze chciałam zobaczyć tę sztukę, więc skorzystałam z pierwszej okazji i jestem z tego zadowolona. Wspaniały scenariusz i tragedia znakomicie oddana przez aktorów. Od dwóch głównych odtwórców czuć było chemię, która naprawdę wciągała. Można było poczuć ich rozpacz, frustrację, zawstydzenie i wreszcie szczery strach. Równocześnie ich co bardziej dowcipne dialogi były absolutnymi perełkami, równie zabawne do oglądania co pięknie ilustrujące ich pełną miłości przyjaźń. Ta sztuka jest pełna wspaniałych wątków znakomicie przedstawionych przez obsadę i posiadających prawdziwą głębię. Jeśli ktoś ma ochotę na porcję dobrego teatru (albo jest fanem "Czekając na Godota" - jest to zdecydowanie porównywalne, choć zdecydowanie mniej niepoważne) powinien dojść do wniosku, że powinien zobaczyć ten spektakl.
Emma W.
Wielka Brytania
Cieszę się, iż udało mi się zobaczyć ostatni pokaz tej sztuki gdyż chciałem zobaczyć wersję na żywo od czasu gdy obejrzałem film. Pomijając kwestię o polskich akcentach, jakość gry - w szczególności dwóch głównych ról i podróżującego aktora była niesamowita i wciągała cię przez cały czas. Prostota wystawienia i oświetlenia była bardzo efektowna. Pomaga mieć pojęcie o czym jest Hamlet - sztuka Szekspira, z której pochodzą dwaj główni bohaterowie - aby w pełni docenić wartość sztuki. Bardzo przyjemna sztuka, coś z czego Theatre La Mort może być dumny.
FC
Nowa Zelandia
Wszystko zamiast
Ciekawostką konkursową w nurcie zespołów alternatywnych był spektakl Wszystko zamiast Eweliny Góral i Teatru LA M.ORT (tworzonego głównie przez studentów Akademii Teatralnej w Warszawie). Były już różne eksperymenty w budowaniu relacji widz - aktor, ale nie spotkałem się z przypadkiem, by przedstawienie z założenia zrealizowane zostało dla jednego widza. Wprowadzony zostajesz sam do tajemniczego pokoju, znajdujące się w nim osoby (symbolicznie określone przez autorkę trochę w manierze kantorowskiej) jakby tylko na ciebie czekały i tylko do ciebie będą się zwracać, pozostając w bezpośredniej bliskości twojego ciała. Ten seans nie przekracza jednak w spektaklu Eweliny Góral granic bezpieczeństwa. Zetknięcie z tymi dziwnymi postaciami i ich historiami było fascynujące, emocjonujące, wciągające. (...)
Wojciech Majcherek
"Nowe polskie", "Teatr" nr 7-8 /lipiec-sierpień 2002/
(...) Tajemnicze miejsce, do którego trafia widz i w którym podejmowany jest ciepłym rosołem, przypomina trochę Czerwoną Komnatę z filmów Lyncha czy może nawet bardziej Biedny Pokoik od Kantora i naprawdę warte jest odwiedzenia. Czas płynie tutaj inaczej, dziwnie postrzega się przestrzeń, bo zamiast na widowni siedzi się za stołem pośrodku terenu gry, rzucając nerwowo spojrzeniami na boki, jak ubogi krewny usadzony w jadalnym, wokół którego krząta się jednak cała bogata rodzina. Widzowi narzuca się fabularną rolę kogoś, kto powrócił do domu po latach jak umarły do umarłych, albo ktoś, kto za życia wszedł do pokoju pełnego upiorów.
W Teatrze LA M.ORT teatralny gość szybko orientuje się, że aktorzy rozmawiają właśnie o nim: czy jest speszony, czy bardzo się zmienił, jakie ma dłonie, po co tu przyszedł. Trochę się bawią jego skrępowaniem i bezczelnie podglądają jego reakcje. Co zrobi, na kogo spojrzy, której rozmowy posłucha. Widz jest więc nie tyle uczestnikiem zdarzeń, co przedmiotem obserwacji. Inaczej niż w normalnym teatrze, gdzie od początku jest bezpieczny, co najwyżej obleją go wodą, pokażą palcem, ale może dłubać sobie w nosie, ile wlezie, zasypiać, gapić się na statystkę zamiast na głównego aktora. Tutaj nic mu nie ujdzie bezkarnie.
Dla reżyserki i autorki sztuki Eweliny Góral ważne są reakcje emocjonalne, iskrzenie między aktorami i jedynym widzem. Dlatego za każdym razem spektakl musi być trochę inny. Taki jak gość, który na niego przyszedł. Szybko orientuję się, o co tu chodzi, i nawet wbrew sobie zaczynam się kontrolować - patrzę, jak trzymam ręce przy stole, uważam, żeby każdemu z bohaterów poświęcić choć chwilę uwagi. Młoda kobieta próbuje mnie uwodzić, transwestyta lekko zaszokować, kuchta żebrze o współczucie, rudy chłopak z książką lustruje mnie wzrokiem, mała dziewczynka z warkoczykami o niezwykle bladej, neurotycznej twarzy patrzy gdzieś przeze mnie, prosto w ścianę, w ciemność. Trup babci z czarnym kotem na kolanach kiwa się w fotelu. W finale światło przygasa, rozpoczyna się danse macabre, postaci - upiory coraz ciaśniej otaczają widza. I nagle ciach - cisza jak nożem uciął. Ciemność. Rozjaśnienie: wszyscy zniknęli. Pokoik wydaje się teraz dziwnie pusty. (...)
Łukasz Drewniak
"Z życia bąbli", "Dialog", październik 2002
Teatr [LA M.ORT] daje przedstawienie "Wszystko zamiast" i jest to dość niezwykły eksperyment, eksperyment, w którym nie uczestniczyłem nigdy dotąd w teatrze. (...) Muszę przyznać, że czułem się bardzo nieswojo na tej widowni, bo zrozumiałem jak bardzo muszę się kontrolować. Od mojego spojrzenia zależy wybór wątku, wybór tematu. Wystarczyło trochę dłużej zapatrzeć się na Modliszkę, żeby umykał tor rozmowy Torquemady z jego pojętną uczennicą. To przedstawienie jest ekstremalnym eksperymentem. Wielka machina inscenizacyjna rozpędzona zostaje tylko po to, żeby zadowolić jednego widza, żeby przez chwilę stworzyć sytuację goszczenia go w świecie dramatycznym, złudzenie bycia podmiotem w świecie akcji dramatu.
Jest coś w zainteresowaniach Eweliny Góral i tego teatru, co każe przenieść jej teatr w orbitę socjologii. Widz jest tutaj badany, bada się jego reakcje, bada się, co on w teatrze lubi najbardziej. Poraziła mnie czystość przedstawienia, jego absolutnie niekomercyjna otoczka. Tyle osób, tak wielu, dla tak niewielu próbuje tworzyć świat, próbuje stworzyć miejsce, gdzie widz po prostu czuje się dobrze (...). Ten świat był nam bliski, ten świat był dziwny, ale chce się w nim pozostać.
Łukasz Drewniak
Polskie Radio PR 1, 11 maja 2002
Podszyte rozpaczą poczucie absurdu dominowało także w uhonorowanym pierwszą nagrodą spektaklu (...) Teatru LA M.ORT. (...) Trudno jednak ocenić obiektywnie przedstawienie, które zaledwie podglądało się zza kotary - Wszystko zamiast jest bowiem przeznaczone dla jednego widza, którego pojawienie się pośrodku sceny staje się pretekstem do rozpoczęcia akcji i wobec którego kierowane są wszystkie działania, czasami także prowokacje. Spektakl oglądany od wewnątrz zyskuje więc na pewno inny sens, i bardzo wiele zależy od owego jedynego widza. Zostaje on wprowadzony do wnętrza domu zamieszkiwanego przez na poły teatralne, na poły realne postaci; każda z nich ma jakąś tajemnicę, niejasną przeszłość, której skrawki odsłania w rozmowach z innymi. Po zaproszeniu na obiad, gość staje się świadkiem gwałtownej erupcji nagromadzonych pretensji, wzajemnych oskarżeń, natarczywych pytań. Jako widz powinien zachować milczący dystans, choć trudno o spokój, gdy tuż obok okrutnie poniewierana jest służąca, zaś poszczególne postaci coraz natarczywiej żądają poparcia dla swoich cząstkowych prawd i rozsądzenia ich sporu. Sytuacja widza staje się coraz bardziej dwuznaczna, gdy okazuje się, że mieszkańcy domu widzą w nim od dawna oczekiwanego zbawcę - może twórcę ich historii, a może nawet Boga. Napięcie pomiędzy żądaniami bohaterów a niemożnością ich spełnienia (podsycane przez ekspresyjną muzykę na żywo) prowadzi do gwałtownego wybuchu, który jednak jest całkowicie daremny - postaci wracają do swojej pałubowatej egzystencji, zaś robiąca dotychczas wrażenie kukły staruszka wyprowadza gościa i pozostaje nieruchomo w drzwiach, by dalej strzec tajemnicy i czekać na kolejnego możliwego wybawiciela.
Anna R. Burzyńska
"Szukanie nie nadaremno. III Międzynarodowy Festiwal
Działań Teatralnych i Plastycznych Zdarzenia
Tczew 5 - 8 września 2002"
"Didaskalia" nr 51/52
Niewątpliwie najbardziej oryginalnym spektaklem przeglądu było Wszystko zamiast Teatru LA M.ORT z Warszawy. To autorskie przedstawienie Eweliny Góral zostało już zresztą uhonorowane główną nagrodą na Międzynarodowym Festiwalu Działań Teatralnych i Plastycznych w Tczewie. Jest to skrajny eksperyment teatralny: spektakl prezentowany w obecności jednego widza, dla niego i z jego powodu. Sytuacja wyjściowa wygląda - jak ktoś już zauważył - jakby przybył długo oczekiwany Godot. Przybył do zwykłego mieszkania, wypełnionego prostymi sprzętami: ciężkim drewnianym stołem, krzesłami, fotelami, szafą, podręcznym stolikiem... Wśród tej scenografii prosi się widza, zwanego Tym Tu Najważniejszym, o umycie rąk i stawia przed nim talerz gorącej zupy, a następnie prowadzi z nim i wobec niego grę, której jest on głównym bohaterem. Jest kimś nadzwyczajnym, na kogo domownicy od dawna czekają, nosicielem idei i odpowiedzi na pytania, które ich nurtują, ich zbawcą. Widz odnosi wrażenie, że słowa skierowane są wprost do niego albo że to o nim się mówi (choć w pewnym momencie pojawia się wątpliwość, że "chyba jednak się pomylili i chodzi im o kogoś innego"). Są tu odniesienia do Mesjasza - i judaistycznego, i chrześcijańskiego, ale nie tylko: na przykład trzymany przez jedną z postaci egzemplarz Tako rzecze Zaratustra Nietzschego odsyła do Saoszjanta. Ten Tu Najważniejszy jest dla domowników potencjalnym Zbawcą. Dwie główne postaci uosabiają skrajnie różne postawy: modliszka jest młodą, smukłą, cyniczną, atrakcyjną dziewczyną, czerpiącą pełnymi garściami z życia, twierdzącą, że wszystko ma, niczego nie potrzebuje, nie chce; Ona Wiecznie Umęczona- szara, zaniedbana, wiecznie wykorzystywana gospodyni domowa, typ Kopciuszka - pragnie mieć coś swojego, najsilniej wyraża chęć posiadania swojego boga. Te dwie postaci najpełniej wchodzą w relacje z widzem, wywiązuje się niemal intymny kontakt, reszta - to obserwatorzy i komentatorzy.
Podczas przeglądu Teatr LA M.ORT grał swoje przedstawienie pięć razy. Z trójką widzów rozmawiałem, czwartym byłem ja sam, piąty wyszedł, kiedy trwał już spektakl innego zespołu. Wszyscy podkreślali niezwykle silne oddziaływanie tego przedstawienia, ogromne wrażenie, jakie ono wywiera, głównie właśnie dzięki formule, zupełnej rezygnacji z czwartej ściany, bezpośredniemu kontaktowi, wywoływaniu świadomych i podświadomych reakcji, które wpływają na grę (dochodzi wtedy do improwizacji, które jednak nie wykraczają poza nakreślone przez autorkę ramy). Wszystko zamiast jest niezwykle konsekwentnym działaniem zespołu na drodze poszukiwań własnego sposobu komunikacji teatralnej, który doprowadzić ma do intymnego kontaktu człowieka z człowiekiem, pozostawiając na drugim planie relację widz - aktor.
Tomasz Glomb
"W przedsionku Europy. V Akcja Teatralna Azyl,
Warszawa 13 - 16 września 2002"
"Didaskalia" nr 51/52
Wreszcie ktoś wpadł na ten szatański pomysł, by zrobić teatr jednego widza. Zastawić na widza hiperpułapkę na myszy. Pereira wiedział, że odegrał w tym spektaklu główną rolę, że mógł dowolnie pokierować przebiegiem zdarzenia, zaburzyć jego bieg, wydłużyć czas trwania. Zachował się jednak powściągliwie i nieśmiało, czego zresztą żałował, bo pojął, że mizerny z niego główny aktor. Właściwie powinien znienawidzić to, co mu zafundowano, bo najbardziej ze wszystkiego nie cierpiał, gdy wciągano go do zabawy wbrew jego woli. Tymczasem to trudne doświadczenie osadziło się w jego duszy ciszą ukojenia. Powściągliwy spektakl był dziwnym doświadczeniem, wykraczającym gdzieś poza teatr, ale niedaleko, bo w rejon spraw ostatecznych, które w dobrych teatrach czają się zawsze w kulisach, niewidzialne, ale przemożnie działające na to, co dzieje się na scenie.
Piotr Gruszczyński
"Sam, jeden, ostatni"
"Res Publica", czerwiec 2003
Następni
Na ratunek wrażliwości
Rewolucja w Teatrze LA M.ORT! Określenie z didaskaliów: "WIDOWNIA: o dziwo - w normie". Po konfesyjnym niemal "Wszystko zamiast" - "Następnych" nie oglądamy w pojedynkę. Poprzednio zaglądaliśmy do czyjegoś mieszkania - przekraczaliśmy próg intymności. Tym razem zastajemy postaci w miejscu zgoła publicznym. Zapewne dlatego odebrano nam tamtą wyjątkowość - możność bycia Tym Tu Najważniejszym, bo jedynym widzem. Widzem czy gościem?
Wtedy gościem.
Teraz widzem.
Wtedy pokój.
Teraz klasa.
Wtedy jedyne wolne miejsce za stołem.
Teraz jedno z wielu krzeseł na widowni.
Wtedy celebrowano moje wejście.
Teraz nie zdążyłam usiąść, gdy...
przeszył mnie wzrok dziewczynki stojącej przed zasłoniętą kurtyną. Patrzy na mnie? Obserwuje mnie? Złudzenie. Klarysa patrzy. Patrzy i nie widzi. Ani mnie, ani innych widzów zajmujących miejsca. Patrzy w nieokreśloną dal... Przeczuwam, że w tym spojrzeniu niewidzącym, w tych zastygłych oczach kryje się tęsknota za celem, za mistrzem, za prawdą. Bo nie widzi przed sobą nic. Ale uśmiecha się. Blada twarz wykrzywiona w nienaturalnym, wymuszonym uśmiechu. Trzeba się uśmiechać. Nie wolno okazać słabości. Trzeba się uśmiechać, nawet, gdy się patrzy w przerażającą pustkę. Stoi nieruchoma. Mija minuta za minutą. Jeszcze trwają rozmowy, jeszcze ktoś przeciera okulary, poprawia kołnierz. Klarysa powolutku, ledwie zauważalnymi ruchami przesuwa się z prawej strony na lewą odsłaniając kurtynę. Oczom widzów ukazują się trzy szkolne ławy, a w nich uczniowie. Nie można oprzeć się skojarzeniu z "Umarłą klasą" Tadeusza Kantora. Kiedy szóstka postaci podnosi nieśmiało palce w geście ucznia zgłaszającego się do odpowiedzi - nie mamy już wątpliwości, że to cytat z Kantora. Jednak dopiero wniesienie tandetnych laleczek i mizernych przytulanek uzmysławia, że to świadomy zabieg reżyserki. Owszem - Kantorowska klasa, ale nie zmartwychwstała. To nie staruszkowie z "Umarłej..." piastujący manekiny swej młodości. To "Następni" - pokolenie nowe, które nie ma przeszłości, a co gorsza: przyszłości.
Nikt ich nie pyta o króla Salomona - nie uczą się historii, ale też nie snują planów. Pustka i nuda wyziera z ich rozmów, z ich twarzy, z ich dusz. Są młodzi, ale nie czekają na nic, nie wierzą w nic, nie tęsknią za niczym:
Typek I: "Sztuki nie ma!"
Typek II: "Religii też nie ma. To słowo jest tylko pustym dźwiękiem."
Typek I: "Idei też nie ma!"
Typek II: "Ideałów!"
Typek I: "Ideologii!"
Typek II: "Wiary!"
Typek I: "Nadziei!"
Typek II: "Pożądań!"
Typek I: "Miłości."
Typek II: "Spokoju."
Typek I: "Rozmowy."
Typek II: "Bliskości."
Oto ich świat - zanegowali już wszystko. Ostatkiem sił próbują ocalić swoją indywidualność. Bezradne tryby w machinie cywilizacji. Jak automaty wykonują ruchy, które zastąpiły akty wolnej woli. Jeszcze działają, jeszcze działają, jeszcze działają: zakładanie i zdejmowanie marynarki, stemplowanie i podpisywanie dokumentów, liczenie i jedzenie, i uwodzenie. Szybciej, szybciej, szybciej... Jeszcze działają, jak długo jeszcze??? Czynności z pozoru życiowe. Życiu przynależne. Nie życiu służące.
W tym ogólnym zaślepieniu, bezmyślnym wyścigu, Leoś próbuje ratować ludzkość. Mimo swego zapału nie znajduje wielu sprzymierzeńców - jedna Klarysa słucha go uważnie. Pilnie notuje jego słowa. Znalazła mistrza. Nie patrzy już w dal, wpatruje się w niego. Ufa, że każde jego słowo dyktowane jest troską i umiłowaniem człowieka - a Leoś ludzkości nienawidzi...
Mam głębokie przekonanie, że "Następni" są wnikliwą analizą współczesności. Witkacy, Kantor, Gombrowicz - collage niespodziewanie jednolity, przerażająco aktualny. LA M.ORT, jak zawsze, dotyka spraw istotnych. Ten Teatr jest jak karetka pogotowia, która pędzi na sygnale na ratunek naszej wrażliwości - wrażliwości nie tylko artystycznej, ale nade wszystko ludzkiej!
Wiktoria Siedlecka
"Dziennik Teatralny"
Bardzo dobry, zachęcający początek. Uśmiech rozbrajający, ale od początku w charakterze maski. Wiadomo było, że pod spodem nabrzmiewa niepokój.
Sztywne postaci w ławkach przywodzą na myśl wizytę w Teatrze Cricot 2 Tadeusza Kantora i jego klasę manekinów - przerażającą, trupiobladą, wypełnioną zastygłymi twarzami kukieł bez wyrazu. A potem inne przedstawienia "Szkolne", z "Ferdydurke" na czele.
I tak, podążając tropem tych skojarzeń wiedziałam, że uniformizacja, automatyzm, zanik indywidualności, dopasowanie, mechanizmy społeczne itd.
W czystej, rytmicznej, konsekwentnie zrealizowanej formie znalazło się miejsce na prawdziwe "przeżycie", na głos młodzieńczy wyrażony za pomocą tekstu literackiego.
I chociaż Witkacowskie "indywiduum" brzmi jakby już nie z tego świata, nie z tego języka, zapętla się w setki słów już zbędnych, bo nic nowego do treści nie wnoszących - to i tak wierzę w "prawdę" tego komunikatu.
Bardzo piękna ostatnia scena, wyrazista, nie przerysowana. Bardzo smutna.
Agata Drewnicz
"Bezkompromisowa Gazeta Festiwalowa"
Łódzkie Spotkania Teatralne 2003
Nigdy nie wybierajcie śmierci. Nawet w znaczeniu nazwy, jak to zrobił awangardowy polski teatr młodego pokolenia z Warszawy "La M.Ort" pokazując w Moskwie swój autorski spektakl "Następni" w reżyserii Eweliny Góral. Wielu wierzy, że sukcesu, który osiągnęli Polacy, mogłoby i nie być, a wszystkiemu winna niebezpieczna nazwa "La M.ort".
Niespodziewanie zdarzyło się na lotnisku Szeremietiewo - 2 , na które przyleciał zespół ze swoimi nie masywnymi dekoracjami: trzy drewniane ławki.
Artyści (głównie absolwenci różnych szkół teatralnych w kraju), technicy załadowali się do autobusu, który ledwo co zdążywszy odjechać, wbił się w betonową zaporę. Krzyk, strach, na wielu twarzach była krew . Kiedy minął szok, wyjaśniło się, że wielu, od silnego uderzenia, miało uszkodzone najbardziej ukrwione części twarzy - wargi, łuki brwiowe. Na szczęście tylko jeden członek zespołu miał uszkodzoną rękę.
Spektakl zagrali następnego dnia - i żadnych śladów awarii - tylko talent zuchwały, nieustępliwy, bez zbędnych słów, nawiązujący do dorobku przeszłości.
W każdym wypadku, od pierwszych minut akcji nasuwa się porównanie do "Umarłej Klasy" Tadeusza Kantora. Kiedy sześć postaci zaczyna nieśmiało, po uczniowsku podnosić ręce wyrywając się do odpowiedzi - nie ma wątpliwości, że to cytat z Kantora. Ale to już nie są staruszkowie z "Umarłej Klasy" , delikatnie obejmujący manekiny - swoich bliźniaków z młodości. "Następni" - to nowe pokolenie bez przeszłości, jeszcze gorzej - i bez przyszłości.
Głupotą i nudą przeniknięte ich rozmowy. W duszy też pustka. "Sztuka nie ma" - mówi jeden - "Religii nie ma" - to tylko pusty dźwięk, Idei też nie ma, Pragnień, Miłości, Pokoju, Bliskości. Intrygę wnosi młody moralista Leoś, wzywa wszystkich do przebudzenia się z cynizmu, schemat "kariera - pieniądze" zamienić na "człowiek - miłość" . Ten zwrot odsyła widza do chrześcijańskiej retoryki tak niesamowicie odbrązowionej w ostatnim filmie Larsa von Triera "Dogville"- strasznej dla tych, którzy przyjmują wiarę guru.
Analiza młodego pokolenia Polaków zrobiona bezwzględnie ale stylowo i ciekawie, po akademicku zagrana.
Ze względu na siłę oddziaływania teatr "La M.ort" można porównać do pogotowia ratunkowego, które z włączoną syreną spieszy na ratunek wrażliwości nie tylko w sztuce. Najważniejsze - uciec od niebezpiecznych powrotów.
Marina Rajkina
"Moskowskij Komsomolec", 25.XII.2003
Antygona
Bielany odwiedził Teatr La M.ort z Natolińskiego Ośrodka Kultury. Założyli go w 1999 roku studenci warszawskich uniwersytetów. W tym też roku za swoją pierwszą premierę, przedstawienie "Samotność" młodzi artyści otrzymali wyróżnienie na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych, które i w następnych latach okazały się dla grupy łaskawe. Nagrody posypały się jak z rękawa. Teatr uczestniczył w wielu festiwalach w Polsce (Jelenia Góra, Zielona Góra, Gdańsk). Amatorski pod względem statusu, lecz profesjonalny pod względem poziomu - oto najkrótsza charakterystyka grupy.
24 i 25 września, w dobrze nam znanych pokamedulskich podziemiach, Teatr La M.ort, zaprezentował najnowszą (z czerwca) swoją premierę: "Antygonę" Sofoklesa w adaptacji Helmuta Kajzara. Ktoś nazwał tę adaptację "metateatrem", sam jej autor mówił o "uwspółcześnieniu". Mówiąc w skrócie, jest to rodzaj antropofizycznego "teatru w teatrze". Kajzar tekst Sofoklesa traktuje jako przypowieść o tym, co łączy aktora (uczestnika zdarzenia) i widza (świadka) . Tym czymś jest człowieczeństwo. "Antygona" Kajzara jest swoistym laboratorium, w którym nie chodzi o dramat władzy, lecz o pytanie "kim jest człowiek?".
24 i 25 września, w dobrze nam znanych pokamedulskich podziemiach, Teatr La M.ort, zaprezentował najnowszą (z czerwca) swoją premierę: "Antygonę" Sofoklesa w adaptacji Helmuta Kajzara. Ktoś nazwał tę adaptację "metateatrem", sam jej autor mówił o "uwspółcześnieniu". Mówiąc w skrócie, jest to rodzaj antropofizycznego "teatru w teatrze". Kajzar tekst Sofoklesa traktuje jako przypowieść o tym, co łączy aktora (uczestnika zdarzenia) i widza (świadka) . Tym czymś jest człowieczeństwo. "Antygona" Kajzara jest swoistym laboratorium, w którym nie chodzi o dramat władzy, lecz o pytanie "kim jest człowiek?".
Z ciszy i ciemności wyrywa nas drapieżny krzyk mewy i surowa, uporczywa wokaliza. Pojawia się Antygona (Dominika Krzywotulska) . Mówi w skupieniu, poszukując jak gdyby słów wewnątrz ciała. Jej monologi przypominają łkanie. Są bardzo kobiece. Zanim ujrzymy Kreona (Klaudiusz Kaufmann) wybrzmiewa nagrana basowa stała nuta, tzw. burdon, która później płynnie przechodzi w niski, melodyzowany dwugłos Strażników. Mateusz Grydlik i Paweł Domagała przyjęli na siebie nie tylko ich rolę, ale i innych postaci tragedii a także Chóru. Świetnie zagrany był Terezjasz (Mateusz Grydlik). To samo można powiedzieć o odtwórcy roli Kreona. Te miejsca, w których następuje nagromadzenie przeżyć, emocji były znakomicie przygotowane. Wzmocnienie głosu było wyrazem uruchomienia umiejętności technicznych a nie zwykłej siły głosu.
Scena przyprowadzenia Antygony przed oblicze króla jest doskonałym sprawdzianem wiarygodności aktorów. Zabrakło jej np. w szczecińskim Teatrze Polskim (premiera w 1999 roku). Tym razem usłyszeliśmy walkę racji w bardzo przekonywającym wydaniu a młodzi aktorzy (Dominika Krzywotulska i Klaudiusz Kaufmann) pokazali rzecz, bodaj najtrudniejszą i coraz rzadziej spotykaną: prawdę psychologiczną postaci. Jedyny minus, który udało mi się zauważyć, to czasami występujące gasnące napięcie ostatnich fraz poszczególnych kwestii.
Ozdobą spektaklu stała się muzyka Weroniki Grozdew. Weronika jest znana szerzej jako wokalistka i założycielka ciekawych zespołów z pogranicza tzw. muzyki świata i stylu folk: "Sarakina" i "Swoja Drogą". Mając po ojcu (wybitnym malarzu) bułgarskie korzenie sięga w swojej działalności (wokalnej, kompozytorskiej) do bałkańskich motywów. "Sięga" to chyba niezbyt właściwe słowo. Te motywy (i rytmy!) żyją w niej w sposób naturalny. Usłyszeliśmy je także odpowiednio przetworzone w spektaklu "Antygony". Wykorzystanie zmodyfikowanej (odejście od ścisłej skali oryginału) dramatycznej góralskiej wokalizy stało się jak gdyby głosem samej bohaterki, która dużo wie o śmierci i niesprawiedliwości a także o absurdzie świętokradztwa. Może w tym rozumieniu Antygona jest alegorią kobiety bałkańskiej?
Niektóre fragmenty tekstu zostały "udźwiękowione" i zharmonizowane z wielką atencją dla naturalnej prozodii mowy i metryki wiersza. Muzyka Weroniki to niepowtarzalna własna wypowiedź w zgiełku propozycji naśladujących Zygmunta Koniecznego...
Spektakl wyreżyserowała Ewelina Góral bardzo prostymi środkami według zasady koła. Tron króla umieszczony został na wózku, który obracali strażnicy, zmieniając jak gdyby odsłonę. Wtedy też gasło światło (projekt Bartłomieja Nowaka). Na rozpostartej na ziemi folii, bliżej widzów, rozsypano piasek a miejsce władzy królewskiej oddzielała koliście fosa z wodą. Najważniejsze, że w spektaklu widoczna była praca reżysera z aktorem. Nie wykluczone, że ta mocna strona Eweliny staje się pomału jej specjalnością. Widzieliśmy przemyślany i mądrze skonstruowany ruch sceniczny. Taki, który nie rozprasza aktora a pozwala mu wsłuchać się "w siebie".
Ten ciekawy i zmuszający do myślenia spektakl połączył wiele tradycji teatralnych nie rezygnując z pozycji wypowiadanego słowa. Było to niewątpliwie jedno z najbardziej interesujących w tym roku artystycznych wydarzeń w naszej dzielnicy.
Lech Koczywąs
Wziąłeś tę rolę, graj ją!
godzina 18, Miejski Ośrodek Kultury w Józefowie, spektakl teatru La M.ort "Antygona", wstęp wolny.
to było jasne, że poszłam.
siedziałam w niewygodnym fotelu jak zaklęta. niesamowita kreacja Kreona, Klaudiusza Kaufmanna, elastyczność i fantazja Krzysztofa Szczerbińskiego, ironia w spojrzeniu Pawła Domagały...
pomiędzy tradycyjnym tekstem dramatu Szczerbiński i Domagała wychodzili, by niepokojąco twardym głosem przedstawiać uniwersalne prawdy. prawdy ludzkie.
"nieważne, czy ciało ma wrzody, zgniliznę, blizny, wyrwane serce, zrujnowaną wątrobę, pryszcze, rany... TO NADAL JEST CZŁOWIEK!".
w scenie upadku Kreona aktor nagle wstał i odniósł się do zależności między widzem, aktorem, a życiem.
rozpłakałam się.
dowiedziałam się wtedy czegoś, czego szukałam przez całe życie, ale nigdy nikt mi na to nie odpowiedział, może dlatego, że pytania wprost nie zadałam?
AKTOR PRZYJMUJE POSTAĆ, ZAKŁADA MASKĘ HUMORYSTYCZNĄ, IRONICZNĄ, ZEPSUTĄ DO SZPIKU KOŚCI, EKSCENTRYCZNĄ, BOJAŹLIWĄ, BEZWZGLĘDNĄ BY ODTWORZYĆ LUDZKI ŚWIAT. ŚWIAT, W KTÓRYM ON SAM ŻYJE. ON TEŻ JEST CZŁOWIEKIEM, WIE TYLE SAMO, CO WIDZ, A MIMO TO NADAL UCZESTNICZY W TEJ SZTUCE...
mimo, że jest to teatr niezależny i nie wyobrażam go sobie na wielkiej scenie, żaden spektakl chyba jeszcze tak do mnie nie trafił.